Nie wiem – burczy gość i od razu rusza dalej przed siebie. Co za cham.
Trudno, idę dalej. Do przystanku niedaleko. Ręce wciskam w kieszenie tak mocno, że naciągają kurtkę jak żagiel. Pomimo tego i tak są zimne. Cała jestem przemarznięta. Bolą mnie kolana. Co to ma być? O co tutaj chodzi?
Staję na przystanku. Usiadłabym na ławce, ale jest cała mokra. Jakby świat nie mógł mi już bardziej zrobić na złość. Podjeżdża autobus. Wsiadam do środka i od razu zajmuję siedzenie z tyłu. Czy się pojawią kanary, czy nie, już mnie to nie obchodzi. Kierowco, wieź mnie do domu. Muszę się położyć. Zarzucę na siebie kołdrę i zniknę na parę godzin, a potem wszystko się jakoś ułoży.
Przystanek pierwszy. Przystanek drugi. Trzeci. Silnik rzęzi, jak oszalały, ale mi to nie przeszkadza. Nawet mnie lekko usypia. Gdzieś z przodu młodziaki puszczają jakieś rzępolenie z telefonu. Nie jestem w stanie stwierdzić, czy to głośnik tak trzeszczy, czy takiej to niby muzyki teraz się słucha. Olewam to. Zaraz będę na miejscu. Przejdę przez park i wrócę na osiedle, a potem już będzie z górki.
Z każdym krokiem ścieżka robi się coraz bardziej leśna. Dźwięki miasta cichną. Stają się ledwo słyszalnym szumem. Spomiędzy drzew daje się usłyszeć odgłosy parku. Trzaski i szelesty. Świst podmuchów wiatru. Każdy z nich wywołuje mi na plecach ciarki. Przyspieszam kroku. Chcę jak