przez okno. Słońce jeszcze na dobre nie wstało. Może nie wszystko stracone i uda mi się dotrzeć do biura na czas?
Odkładam czajnik na bok. Niestety, ale muszę zrezygnować z porannej herbatki. Nie ma czasu. W pośpiechu atakuję szafę w sypialni. Nawet się nie zastanawiam. Wyciągam wyświechtany, turkusowy sweterek i dżinsy. Dzisiaj wychodzę z domu ubrana byle jak. To jeden z tych dni, kiedy nie mam siły się stroić. Jeszcze przed ucieczką poprawiam rzęsy i policzki – akceptowalne minimum makijażu, z jakim mogę wyjść na zewnątrz.
Podchodzę do drzwi i łapę za klamkę. Zamknięte. No tak, moje ukochane klucze. Sprawdzam podłogę, bo może mi gdzieś spadły. Patrzę pod szafkami. Nic. Przeszukuję szuflady. Zaglądam na wszystkie półki. Zero. Jak to jest możliwe? Robi mi się gorąco. Nie mam za dużo czasu. Przystaję na środku mieszkania i łapę głęboki wdech. Myśl. Zastanów się. Zaczynam grzebać w miejscach, gdzie kluczy na pewno nie ma – tak bardzo jestem zdesperowana. W kuchni podstawiam stołek przy blacie i wchodzę na niego. Dzięki temu wyciągając rękę maksymalnie do góry jestem w stanie musnąć palcami najwyższą półkę w szafce – tam, gdzie zalegają wszystkie naczynia, które "na pewno jeszcze kiedyś użyję". Przesuwam palcami po krawędzi i od razu natrafiam na zimny metal. Wkładam palec w druciane kółeczko i wyginając się z całej siły przysuwam je do siebie.
To