mi do głowy, że może się pomyliłam i dzisiaj jest sobota. No ale to niemożliwe. Na sto procent jest środa. Jestem tego pewna. Olewam dziwaczne teorie i ruszam szybko chodnikiem na przystanek. Oprócz mnie pod wiatą przestępuje z nogi na nogę jakaś młoda dziewczyna. Nie zwraca na mnie w ogóle uwagi, jakbym była niewidzialna.
– Przepraszam, czy siódemka już jechała? – pytam, na co ona wlepia we mnie wzrok i coś mruczy pod nosem.
– Słucham?
– NIE – odpowiada. Jezu, ale nerwowa. Pal ją licho. Dobrze. Więc czekamy razem. Przychodzi mi do głowy, żeby spytać ją o godzinę, ale nie mam za bardzo na to ochoty. Gdyby była milsza, to może spytałabym ją nawet jaki mamy dzień, no ale przez jej szorstkie obycie muszę dalej liczyć jedynie na swoją wątpliwą pewność siebie.
Podjeżdża autobus. Dziewczyna wciska się do środka przede mną. Gówniara. Mam ochotę jej dogryźć pod nosem, ale się powstrzymuję. Nie potrzebuję teraz żadnych scysji. Wstępując do środka mam wrażenie, że słyszę jakiś krzyk. Ktoś się chyba drze. Mamo? Jakaś dziewczyna woła swoją matkę. Olewam to, siadam na tyle obok okna i przylepiam czoło do zimnej szyby. Ruszamy. Środek autobusu zaczyna wibrować. Rozlega się słabo stłumiony turkot silnika. Zaczynam odpływać. Pozwalam sobie zamknąć na chwilę oczy. Tylko na sekundkę. Głowę zaprzątają mi przyjemne