głupoty. Nieskładne myśli wciągające mnie w otchłań snu. Och, jakbym sobie teraz chętnie poszła spać. Chociaż przez pół godzinki. Wyłożyć się tak na kanapie, zakryć kocem i polecieć do krainy snów – to jest teraz moje marzenie. Głowa opada mi w stronę klatki, co natychmiast mnie rozbudza. Wzdrygam się prostując zgarbione plecy. Chryste. Prawie bym już zasnęła. Jezu. Wlepiam wzrok w widok za oknem, skupiając się na tym, by znowu nie przysnąć. Gdzie jesteśmy? Co to za ulica? Dobra, jeszcze kawałek drogi. Mijamy kolejne przystanki. Ludzie wchodzą i wychodzą, ale pasażerów w autobusie tyle, co kot napłakał. Coś mnie zaczyna męczyć. Jakieś niemiłe przeczucie, że w tym wszystkim coś się nie zgadza. Kolejny przystanek. Świst hydraulicznie otwieranych drzwi. Podmuch zimnego powietrza, który wiruje pomiędzy moimi nogami. Jeszcze cztery przystanki i koniec. Wysiądę pod firmą. Teraz to w sumie już mi się chce do pracy. Za biurkiem przynajmniej będzie ciepło. Usiądę sobie przy komputerze z kawką, przejrzę wiadomości, pogadam z Baśką i będzie super. Mocna czarna szybko wprowadzi mnie w nowy dzień i za godzinę nie będę już nic pamiętać z tego koszmarnego poranka.
O kurwa. Dopiero teraz do mnie dociera, że nie mam przy sobie portfela. To znaczy, że nie mam też przy sobie karty miejskiej. A jak wsiądą kanary? Jezu, już w tym roku dwa razy mnie dziabnęli. Serce zaczyna mi kołatać w klatce piersiowej. Osz ty cholero.