– Mamo, proszę cię – mówi rozdrażnionym tonem. – Chodź ze mną do domu.
Teraz to ja wzdycham. No odwaliło jej na maksa. Nie wygram z tym. Wyciągam nadgarstek i podwijam rękaw kurtki. Zegarka nadal na nim nie ma. Nosz kurwa. Wszystko zaczyna działać mi już na nerwy.
– Tak? A gdzie niby mieszkam? – pytam. Dokąd mnie chcesz zaprowadzić?
– Podwawelska trzydzieści cztery przez cztery. Drugie piętro. Masz czerwony chodnik w przedpokoju i kremowe kafelki w łazience. – Mówi to jakby powtarzała formułkę z pamięci. Wszystko się zgadza. Tak brzmi mój adres i to jest opis mojego mieszkania. Nie wiem, co jej odpowiedzieć. Brakuje mi słów. Coś mnie ściska w klatce piersiowej. Nawet gdybym miała pomysł na jakąś ripostę, to nie wiem, czy w tym momencie dałabym radę coś z siebie wydusić.
– A masz klucze do mieszkania? – pytam po chwili niezręcznej ciszy.
Dziewczyna grzebie w kieszeni, po czym wyciąga pęk z przyczepioną pluszową kaczuszką. Mój oddech na chwile zanika. Nic się z tego wszystkiego nie trzyma kupy. Czy ja śnię? Czy to jest jakiś pokręcony koszmar i zaraz się przebudzę? Pewnie i tak będę już spóźniona do pracy.
– No dobra – mówię z przekorą – zaprowadź mnie do domu.