Zawsze coś. No i teraz nie wiem. Wysiadać? W sumie już nie tak daleko. Dziesięć minut piechotą. No nie, proszę. Tak mi tu dobrze. No, ale wiem, że muszę wysiąść. Nie mam innej opcji. Jestem jedną z tych, które strasznie denerwują się takimi głupotami. Dwa przystanki w silnym napięciu mogą mnie doprowadzić do zawału. Autobus hamuje. Syczą drzwi. Wzdycham, a potem wzbieram się na równe nogi i wychodzę na tę cholerną zimnicę. Ręce w kieszenie, szyja w kołnierz i do przodu.
Na zewnątrz jest gorzej niż myślałam. Co chwilę przeszywa mnie mroźny podmuch wiatru, a ja przecież jestem ubrana jak na jesienny spacerek. Nie te lata. Staram się jednak o tym nie myśleć. Zaraz wejdę do biura, zrzucę z siebie kurtkę i szybko zagrzeje wodę na cokolwiek. Mogę tam zostać nawet do nocy, bylebym siedziała w cieple.
Krok za krokiem, marszobiegiem przechodzę z jednej ulicy na drugą. Mogłabym do biurowca dojść z zamkniętymi oczami i w sumie mam ochotę je teraz zamknąć, ale boje się, że w kogoś wejdę, nawet pomimo tego, że na chodniku prawie nikogo nie ma. Ruch jest znikomy. Nie rozumiem czemu. Czy ja przegapiłam jakieś święto? Jaki mamy dzisiaj w ogóle dzień miesiąca? Nie, już po jedenastym listopada. Do grudnia nie ma więcej przymusowego wolnego.
W końcu docieram przed budynek. Sześć pięter szkła górujących nad jednym z bardziej ruchliwych skrzyżowań w