szyny i że to wszystko trzyma osiemnaście śrubek. Że cztery zostaną już we mnie na zawsze, a resztę będą sukcesywnie wyjmować przez kolejne dwa lata. Może dłużej. Zależy jak się będą zrastać moje kości. Jeśli w ogóle będą oczywiście.
Mówił, że spędzę w tym gipsie od sześciu do ośmiu tygodni.
Sześć do ośmiu tygodni. Dwa miesiące. Cały ten czas przykuty do łóżka. Nie musiałem się widzieć w lustrze, by wiedzieć, że kolor mojej twarzy zlał się razem z gipsem. To był jakiś koszmar. Coś gorszego nawet. Piekło. Trafiłem do piekła. A ten facet mówił jakby nigdy nic. Jakbym był tylko kolejnym nieszczęśnikiem, którego musiał tego dnia odhaczyć. Jego koleżka skrobał coś w notatniku. Stanął przed łóżkiem tak, że mogłem mu się dobrze przyjrzeć. Zadowolony był z siebie jakby wygrał na loterii. Miałem ochotę zapytać go z czego tak się cieszy, ale jedynie jęknąłem.
– Powiem pielęgniarce, żeby dała coś przeciwbólowego – rzekł ten pierwszy i zaraz zniknął. Znowu zostałem sam. Patrzyłem kątem oka w okno. W niebieskie niebo za szybą. Tak mało dzieliło mnie od wolności, a jednak była w tamtej chwili nie do zdobycia. Myślałem, że się zabiję. Że skończę ze sobą i będę miał to wszystko z głowy. Zrobiłbym tak, ale nie byłem w stanie. Gdybym jakoś mógł. Zostałem jednak uwięziony we własnym ciele bez możliwości ucieczki. To było gorsze od piekła. To był horror.
Przyszło mi do głowy, że może wcale nie przeżyłem. Że