przed oczami. Poniedziałek, wtorek, środa. Tydzień, drugi, trzeci. Któregoś dnia jedna z pielęgniarek przesunęła łóżko zmieniając moją rzeczywistość z okna i białej ściany na drzwi do sali i skrawek ciągnącego się za nimi korytarza. Widziałem też mojego współlokatora. Dogorywającego dziadka, z którym nie było żadnego kontaktu. Cały czas spał, a kiedy się budził, tylko majaczył. Na początku mi to nie przeszkadzało, ale po paru tygodniach bez rozmowy z kimkolwiek czułem się odizolowany. Jak dziki człowiek. Byłem tylko ja i moje myśli. Wszystkie te gówniane wspomnienia. Zmarnowane okazje. Niespełnione nadzieje. Byłem w szoku ile mogłem sobie przypomnieć. Ile urywek i migawek z mojego nudnego życia udało mi się poskładać w pełne wspomnienia. Do tej pory miałem wrażenie, że przez prawie czterdzieści lat mojego życia właściwie nic się nie wydarzyło. Układając sobie wszystko w głowie dotarło do mnie, że było tego jednak w cholerę. Marzyłem o tym, by większość z nich zapomnieć. Wymazać z głowy. Ale bez nich nie miałem o czym myśleć, a bałem się, że jeśli przestanę, to w końcu stanę się warzywem.
Z tego co pamiętam miała na imię Bożena. Chyba. Albo Grażyna. Jakoś tak pospolicie – nie ważne. Jedyna pielęgniarka, która traktowała mnie odrobinę jak