Lotnik — strona 16 z 20

To było jak świąteczny poranek. Jak wigilijny wieczór tuż przed rozdaniem prezentów. Najlepszy dzień z mojego życia – co wiele mówiło o jego ogólnej jakości. Najpierw zwieźli mnie specjalną windą na parter szpitala, potem wąskim korytarzem przepchali moje łóżko do pracowni rentgenowskiej i zrobili całą serię zdjęć. Zastanawiałem się, czy nie dostanę od tego wszystkiego raka. Tyle razy mnie prześwietlili. Potem odwieźli mnie z powrotem na górę, nie mówiąc nic o tym, co uwidoczniło się na tych zdjęciach. Czy wszystko się pozrastało? Czy są jakieś powikłania? Czy będę jeszcze kiedyś normalnie funkcjonował? Nic. Zero. Miałem ochotę wrzeszczeć, ale moja twarz nadal była jak zespawana. Dopiero po południu przyszedł do mnie lekarz z wiadomością, że wszystko jest w porządku i zaczną mnie powoli uwalniać z gipsu. Najpierw twarz i głowa, potem tułów, ręce i nogi. Dwa, góra trzy tygodnie i będę mógł zacząć rehabilitację. Nie myślałem o tym, co będzie później. Interesowało mnie tylko wyjście z tej sytuacji. Wolność. Możliwość wypełznięcia o własnych siłach i powrotu do niedokończonych spraw.

To był szczyt mojej naiwności.

Nie mogłem skręcić głowy nawet na milimetr. Przynajmniej