Lotnik — strona 8 z 20

Jej zaraz trwało jakieś tysiąc moich płytkich oddechów. Swędzące kolano doprowadzało mnie do szału. Spokojnie. Wdech i wydech. Pozostało mi tylko spróbować się uspokoić. Żadnego poważniejszego ruchu. Zero wiercenia się. Moja aktywność ograniczyła się jedynie do mrugania powiekami i pojękiwania. Po rękach maszerowały ciurkiem stada mrówek. Nogi obmywał ciepły strumień wody. Znieczulenie odpuszczało, a za nim kroczył ukryty dotąd ból. Prawy bok zajął się ogniem. Płytkie wdechy przestały wystarczać. Nie kontrolowałem już dźwięków jakie się ze mnie wydobywały. O Chryste. Jakby ktoś ciągnął mnie za ręce w dwie przeciwległe strony. Wdech i wydech. I to swędzenie na całym ciele. Nogi, tyłek, plecy, brzuch, szyja. Próbowałem przekręcić biodra tak, by otrzeć się o wnętrze gipsu, ale nawet minimalny ruch, krzesał w całym moim ciele potężne błyskawice. Wolałem już swędzenie. Znosiłem je w ciszy, z zamkniętymi oczami, w nadziei, że w końcu zasnę. Obawiałem się tylko o to, że kiedyś się jeszcze obudzę.

– Czy dobrze się pan czuje? – zapytał głos. – Proszę mrugnąć raz na tak, dwa na nie.

Śmiech.

Zobaczyłem nachylającego się nade mną faceta. Z dźwięku