prawdziwego człowieka. Jedyna osoba, która próbowała ze mną porozmawiać. To było jeszcze zanim wyjęli mi druty z twarzy. Kiedy mogłem jedynie warczeć i jęczeć – ewentualnie mrugać oczami. Ona zadawała mi pytania, a ja potwierdzałem albo zaprzeczałem jednym lub dwoma mrugnięciami. W ten sposób dowiedziała się, że czuje się do bani, wszystko mnie swędzi i że chce mi się rzygać od tej papki, którą wciskała mi przez słomkę do ust. Przychodziła do mnie i opowiadała mi o swoich synach. Jeden studiował geodezję, a drugi siedział w więzieniu. Nie byłem tym specjalnie zainteresowany, ale było to lepsze niż bezcelowe gapienie się w sufit. Opowiedziała mi też historię dziewczyny, która była sparaliżowana od szyi w dół, ale siłą woli nauczyła się ruszać ręką. Miało mi to chyba dodać otuchy, ale jakoś nie podziałało.
W czwartym albo piątym tygodniu wymyśliła sobie, że może mógłbym spróbować coś napisać na kartce. Coś co chciałem jej powiedzieć poza „tak” i „nie”. Moje palce były do połowy schowane pod gipsem, ale udało się jej wcisnąć między mój środkowy i wskazujący palec krótki ołówek. Podtrzymując notes pozwoliła mi wyskrobać krótkie zdanie.
„Proszę, zabij mnie”
Później już się do mnie nie odzywała.