Lotnik — strona 4 z 20

się uspokoić. Wdech i wydech. Raz, dwa i trzy. Mrużyłem powieki i otwierałem je na nowo, mając nadzieję, że się obudzę. Że to był tylko koszmar. Zjadłem coś ciężkiego i teraz mam jakąś schizę. Zaraz się obudzę i wszystko wróci do normy. Znajdę się w swoim łóżku. Cały mokry od potu, ale ogólnie w dobrej kondycji. Potem znowu zasnę i rano nie będę już nic pamiętał.

Niestety znowu przed oczami miałem swoje sztywne nogi. Zaczynało do mnie docierać, co się stało. W głowie pojawiły się skrawki tamtego dnia. Urywki z momentu przed zderzeniem.

To niemożliwe. To się nie stało naprawdę. Nie mi.

A jednak. Szansa jedna na milion. Tak jak myślałem, wszystko się popierdoliło. Trafiło na mnie bo na kogoś musiało. Ktoś musiał stać się wyjątkiem. Anegdotą chirurgów opowiadaną żonom przed pójściem do łóżka. Historyjką z roboty dla policjantów. Nieprzyjemnym widokiem dla sanitariuszy. Tak, to ja. Ten gość, który cudem przeżył.

Zrobiłem przegląd swoich nóg, potem rąk, a potem – na ile pozwalała mi gipsowa konstrukcja – klatki piersiowej. Wdychałem opary schnącej zaprawy starając się opanować karuzelę emocji – wirującą wokół wściekłość, desperację i przerażenie. Nigdy wcześniej nie czułem się tak skołowany. Przez trzydzieści dziewięć lat nie skręciłem nawet kostki. Nie wybiłem żadnego palca. Nie zwichnąłem żadnego z barków. No a teraz nagle to. Za jednym razem odrobiłem wszystkie zaległe kontuzje. Nadal