Lotnik — strona 18 z 20

przy tym serię głębokich wdechów. Kiedy zaczynałem czuć mrowienie, przekręcałem się na prawy bok, lewą ręką podpierałem się o powierzchnię łóżka i ruchem pompki unosiłem się do góry. Potem opadałem bezsilnie, czekałem trzydzieści sekund i zaczynałem procedurę ponownie, wkładając resztki sił jakie pozostały mi na ten dzień. Za czwartym albo piątym razem udawało mi się usiąść na krawędzi łóżka. Mogłem rozejrzeć się po pokoju. Małej klitce pięć na cztery, którą dzieliłem z Januszem. Janusz potknął się o próg. Upadł na kolano, które złożyło się jak zapałka. Dwie szyny, osiem śrub. Półtora roku rehabilitacji. To była jego czwarta seria. Praktycznie cały czas gadał, czasami kilka razy opowiadając tę samą historię. W jego towarzystwie zaczynałem tęsknić za samotnością.

Dni składały się z poranków spędzanych na przeklinaniu rzeczywistości. Potem było skromne śniadanie, a później zabiegi i ćwiczenia. Masaże. Rozciągania. Lasery i nagrzewania. Prądy. Rehabilitacja sama w sobie nie była taka zła. W przeciwieństwie do personelu szpitalnego, fizjoterapeuci byli trochę bardziej przyjaźni i ludzcy. Dało się z nimi normalnie porozmawiać. Szkoda, że nie miałem o czym. W mojej głowie był tylko plan. Musiałem znowu zacząć chodzić. Tylko to się liczyło. Jak się uda,