Andrzeja znam od dziecka, chociaż nigdy się nie poznaliśmy. Ma trzydzieści lat, ciemnobrązowe włosy, piwne oczy i przesadnie, wręcz karykaturalnie odstający brzuch.
Jego dzieciństwo zaczęło się od nietypowych narodzin, które nastąpiły w zaciszu rodzinnego domu. Mieszkał we wsi oddalonej od najbliższego szpitala o ponad trzydzieści kilometrów. Kiedy mama zaczęła rodzić, tata natychmiast zadzwonił po karetkę, ale zanim ta przyjechała na miejsce, było już po wszystkim. Lekarz odciął jedynie pępowinę i obejrzał dokładnie noworodka. Stwierdził, że jak na swój wzrost, był odrobinę za ciężki, ale nie warto było się tym przejmować.
Andrzej dorastając przechodził rutynowe bilanse oraz badania kontrolne. Zaliczył bezproblemowo komisję wojskową, a przed pójściem do pierwszej pracy dostał orzeczenie o dobrym stanie zdrowia. W dzieciństwie nie przechodził żadnej z typowych dla tego okresu chorób. Ani ospy, ani świnki, ani nawet różyczki. Nigdy nie miał niczego skręconego ani złamanego. Od czasu do czasu zdarzały mu się drobne przeziębienia, ale wszystkie przechodził sam, bez żadnego leczenia, bo gdy rodzice próbowali go zawieźć do przychodni, przeraźliwie płakał, szarpał się i uciekał. Awersja ta stanowiła dla nich zagadkę. Andrzej sam też nie potrafił wytłumaczyć, czemu tak bardzo bał się lekarzy. Jego strach tkwił w głębokiej podświadomości, której nie potrafił kontrolować. Dopóki jednak jego życie nie było zagrożone, rodzice postanowili zostawić go w spokoju. Andrzej również nie chciał walczyć sam ze sobą. Jego fobia stała się jedynie ciekawostką,