nudną do bólu robotę. Nic się nie działo. Wciąż był na miejscu. Godzina płynęła minuta po minucie, tak jak to zaplanowała rzeczywistość. Brzuch pobolewał. Żołądek ściskał i rozkurczał. Ciągle przełykał nadmiar śliny.
Po południu poszedł na obiad z Markiem i Jagodą. Zjadł tylko rosół. Jego znajomi trajkotali na tysiąc różnych tematów, ale on tylko przytakiwał, udając zainteresowanie.
Mozolnie wtoczył się przez główne wejście szpitala.
Zgięty w połowie, zapytał na recepcji, gdzie ma iść, żeby ktoś go zbadał. Został skierowany na oddział ratunkowy.
Usiadł na obdrapanym krześle, ściskając rękami betonowy brzuch i modlił się w myślach, żeby ktoś zwrócił na niego uwagę.
Obok przemykały pielęgniarki w wieku przedemerytalnym i całkiem młodzi, wpatrzeni w papierowe teczki lekarze ze stetoskopami przewieszonymi przez szyję.
Nikt nie zwracał na niego uwagi, nikt nie pytał, co mu jest; sam nie miał siły, żeby się odezwać.
W rogu sali, na ruchomym łóżku, siedział pod kroplówką stary pijak. Jego twarz przypominała cegłówkę. Drżącymi rękami popijał wodę z butelki. Gdzie indziej jakaś emerytka walczyła z emerytem – zapewne swoim mężem – próbując go powstrzymać