Usiadł przy biurku i z głośnym skrzypnięciem odchylił się na oparciu fotela. Włączył monitor i spojrzał na zegarek w rogu pulpitu. Było kilka minut po ósmej rano. Czekało go osiem godzin przepisywania różnych cyferek pomiędzy arkuszami kalkulacyjnymi. Nie mógł się tego doczekać. Najpierw jednak włączył przeglądarkę internetową i wpisał adres portalu z wiadomościami. Upijając łyk kawy, pomyślał o nadchodzącym wieczorze. Był piątek, więc zamiast wrócić z pracy do domu, pojedzie pewnie ze znajomymi do centrum. Wypije o kilka piw za dużo, zje coś niestrawnego i ostatecznie rozsiądzie się na krawężniku przy stacji paliw, wcinając przy tym łapczywie taniego hotdoga. Gdzieś po drodze na pewno zrobi z siebie totalnego idiotę i być może dostanie w twarz za jakiś głupi tekst.
Brzmiało to jak perfekcyjny przepis na początek weekendu.
Pomyślał o niedzieli. Zastanawiał się, o której powinien wstać, gdzie się wybrać, co odhaczyć z listy rzeczy do zrobienia, a co znowu odłożyć na później. Pomyślał o zakupach, o nadchodzących świętach i o urlopie. Wyobraził sobie tropikalną plażę, prażące słońce i nagi tyłek Jagody.
Nagle w rogu ekranu pojawiła się szesnasta. Spojrzał w wypełniony arkusz kalkulacyjny, zastanawiając się, kiedy właściwie odwalił całą tą robotę. Miał wrażenie, że ktoś przejął nad nim kontrolę i wykonał zadania, gdy on w tym czasie meandrował w odmętach nieświadomości. Zadowolony z niespodziewanego fajrantu rozsiadł się w fotelu i przez chwilę patrzył bezmyślnie w ekran monitora. Masując nadęty brzuch,