Pasożyt — strona 5 z 23

czy planowania. Jedynie telefon po taryfę i kurs do centrum. Pierwszy przystanek zawsze stanowiło Veto. Knajpa w samym centrum centrum – w starej, sypiącej się kamienicy, wciśniętej między bliźniaczo podobne wieżowce. Dwa piętra poszczerbionych stołów z ciemnego drewna, charczący z głośników rock oraz ciężki zapach papierosów.

Rozsiedli się na górze, przy stoliku obok okna z widokiem na ruchliwą ulicę. Siedzieli, nie odzywając się nawet słowem. Czekali na pierwszą kolejkę. On zerkał w dekolt Jagody, ona gapiła się przez okno na przechodniów, a Marek śmigał palcem po ekranie telefonu. Nie mieli o czym rozmawiać. Ten dzień był taki sam jak każdy inny. Kolejny piątek, kolejny miesiąc. Dopiero gdy na stole pojawiało się zimne piwo, ich języki nagle się rozluźniały. Nigdy jednak nie dyskutowali o niczym konkretnym. Taka była zasada. Zero powagi. Zero refleksji. Zero ambicji.

– Na pewno chcesz to zrobić? – usłyszał w głowie.

Dobrze znał ten głos. Nazywał go Rozsądkiem. Odkąd pamiętał, czuł, że tkwiła w nim druga osobowość. Normalniejsza i bardziej ogarnięta. Roztropna. Sensowna. Nie zwracał jednak na nią większej uwagi. Jej porady zazwyczaj ulatywały gdzieś w odmętach ich wspólnej nieświadomości.

Zmiana lokalu zajęła im kilka piw, parę szlugów i po jednym kieliszku wiśniówki. Rozmowa powoli zjeżdżała na coraz frywolniejsze tematy. On patrzył na Jagodę, ona na Marka, a Marek na dno kieliszka. W lokalu robiło się coraz gęściej od dymu. Wrzawa narastała i żeby się przez nią przebić, trzeba było już