za szczęśliwy zbieg okoliczności. Umierała z głodu. Wydawało się, że trochę zbladła. Jemu też było coraz gorzej. Alkohol wirował w głowie, wzbudzając tępy ból. Rozdęty żołądek falował skurczami. Zamówili po kuflu piwa i szklance wody, a do tego jedną ostrą pepperoni z chilli (dla Jagody i Marka) i jedną małą margheritę (dla niego).
Po pierwszym kuflu przyszedł trzeci, potem szlugi na zewnątrz, a potem kolejny browar i kolejna ostra pepperoni. Nie miał siły, żeby wcisnąć w siebie jeszcze margheritę, więc poczęstował się kawałkiem tej ostrej, uważając, by nie trafić na paprykę. Wepchnął go sobie w usta i zalał resztką piwa, przy okazji wylewając ostatni łyk na koszulę. Kiwał się przy tym jak metronom. Przekrzywiając się na oparciu, wiedział, że ten wieczór był już zakończony. Wyczerpał baterię. Było jeszcze wcześnie (jak dla nich), ale mieli już dość. Zamówili po jednym małym browarku, a potem zebrali się z krzeseł i wyszli na ulicę złapać taksówkę do domu.
Tamtego wieczoru, wpychając sobie do ust kawałek pizzy, przygotowywał w głowie plan działania. Czuł, że miał jeszcze szansę z tego wyjść z minimalnymi obrażeniami. Trochę go poniosło, ale bez przesady. Nie stało się nic, czego nie był w stanie ugasić wodą i kilkoma tabletkami na zgagę. Kolejna wpadka – nie pierwsza i nie ostatnia.
Podnosząc