się z krzesła, poczuł szarpnięcie pod żebrami. Żołądek spęczniał mu niczym balon, naciskając na klatkę od środka. Wyszli na ulicę. Jagoda stanęła przy krawężniku i – co chwilę korygując chwiejną postawę – zaczęła stukać paznokciami w szklany ekran telefonu.
– Hmm? – mruknął Marek, podsuwając mu pod nos paczkę cienkich mentoli.
Machnięciem ręki odmówił. Kiedy kumpel zapalił szluga, odsunął się o krok. Zapach tytoniu ściskał mu gardło. Miał wrażenie, że cały wieczór podchodził mu do ust.
Jagoda wybełkotała, że podwózka będzie za osiem minut. Marek próbował rozmawiać z nim o robocie, ale on jedynie przytakiwał. Starał się utrzymywać pionową pozycję. Podmuch wiatru wywołał szczękanie zębami. Marzył o powrocie do domu. Wielkimi krokami zbliżały się do niego nudności. Wymiotowanie było jednak rozwiązaniem ostatecznym.
Kiedy samochód podjechał, usiadł od razu z tyłu przy oknie. Przywarł policzkiem do zimnej szyby i zamknął oczy. Oddychał ciężko przez nos, nie zwracając na nic uwagi. W głowie odliczał kolejne sekundy. Pięć skrzyżowań. Cztery. Trzy. Czerwone światło. Zielone. Z każdym przejechanym metrem kołowrotek w głowie zwiększał swoje obroty. Brnąca przez korek taksówka zdawała się pędzić środkiem autostrady. Błagał w myślach, żeby droga dobiegła już końca. Żeby dał radę wytrzymać do mieszkania. Potem niech się dzieje, co chce.
Wychodząc z samochodu, nawet się nie pożegnał. Wymamrotał jedynie coś pod nosem i chwiejnym krokiem ruszył do klatki schodowej.