Kret — opowiadanie

Co dzisiaj za dzień? Chyba poniedziałek, a co do Mareczka, to prawie każdy go znał z widzenia albo przynajmniej o nim słyszał. Gość w z nikim nie gadał. Prawie w ogóle się nie odzywał, jedynie jak już na prawdę musiał; na przykład jak go wywołano do tablicy i nie było innego wyjścia. Czerwieniał na twarzy, chował łeb między ramiona i z brodą dociśniętą do klatki dukał coś pod nosem. Głównie “tak” albo “nie”. Czasami jakieś “może” albo “wcale”. Zależało od sytuacji.

Pod oczami miał zawsze ciemne wory, jakby od urodzenia nie przespał nawet jednej nocy. Chudy i blady, wiecznie zgarbiony, snuł się szkolnymi korytarzami niczym antyczny duch. Każdy kolejny krok stawiał w zwolnionym tempie jakby powietrze stawiało mu opór.

Mogłem obserwować go z bliska, bo byliśmy w tej samej klasie. Nie udało mi się jednak nigdy rozgryźć, co tak naprawdę chodziło mu po głowie. Nie byłem nawet pewien, czy pod tymi rozczochranymi kudłami w ogóle coś się tam tliło.

Po szkole kręciło się kilkunastu podobnych frajerów. Przemykali ukradkiem korytarzami z nadzieją, że tego dnia nikt się do nich nie przyczepi. W przeciwieństwie do Mareczka, tamci jednak funkcjonowali w szkolnej hierarchii. Może i skrobali po dnie, ale przynajmniej pływali w tym samym stawie. Mareczek egzystował poza naszym ekosystemem. Wydawało się, że istniał w innej rzeczywistości. Że na powierzchni pojawiała się tylko zjawa osoby,