Kret — strona 14 z 26

To mój największy wysiłek fizyczny od kilku miesięcy. Rękami doginając łydkę do wewnętrznej strony uda przepycham najpierw lewą nogę na zewnątrz. Potem podnoszę się i jestem wolny.

Nie ma nikogo. Sąsiadów. Psów. Dzieci. Dorosłych. Stoi kilka samochodów, ale brakuje ludzi. Czegokolwiek żywego. Poza roślinami.

Idę, bo nie mam pomysłu na nic innego. Mógłbym wrócić do domu, ale już się tam nasiedziałem i jestem pewien, że niczego to nie zmieni. Coś się stało. Coś poważniejszego niż zwykła przerwa w dostawie prądu.

Idę, wdychając ciężkie powietrze. Skręcam w lewo, w kolejną uliczkę obrośniętą po bokach jednorodzinnymi domkami. Kowalscy, Nowakowie, Czerniakowscy i Zielińscy. Ruina Budzińskiej i willa Makielewiczów. Za zakrętem w lewo ciągnie się już droga prosto do centrum – w sensie, trzech rond, brukowanego placu ze starym dworkiem przerobionym na urząd miasta oraz jeziorem. Moją starą szkołą podstawową. Moim starym gimnazjum. Szkołą średnią, której nigdy nie skończyłem.

Od trzech lat nie byłem tak daleko od domu. Wczoraj na myśl o tym spacerze dostałbym zadyszki, ale mijając osiedlowe boisko do kosza nabieram pewności siebie. Nawet mi się podoba. To prawie jak sen. Cały świat tylko dla mnie. Tylko ten metaliczny posmak na języku coś mi nie pasuje.

Zaczęło się od strategii. Gry na kompa. Takiej po sieci. Nie mogłem się oderwać.