Kret — strona 20 z 26

wytłumaczył jej przedłużającą się nieobecność.

Oczywiście Janek musiał się pofatygować aż do mojej nowej celi, bo ja nie zamierzałem się z niej ruszać. No i oczywiście wcale go nie zapraszałem. Podejrzewałem, że z własnej woli też do mnie nie przyszedł. Że to mój stary go namówił. Widziałem to po jego minie. Po tym przylepionym uśmiechu, jakby rozmawiał z babcią chorą na alzheimera. Nie chciał tam być, a i ja nie życzyłem sobie jego obecności, więc wymieniliśmy się kilkoma nic nie znaczącymi zdaniami, poudawaliśmy, że coś nas jeszcze łączy, a potem sobie poszedł. Odbębnił co miał do odbębnienia i tyle, a ja wróciłem do internetu. Wtedy nie wiedziałem, czy to zdarzyło się naprawdę. Widzę go teraz znowu na ekranie laptopa, w sypialni na górze. W jego domu, kilka numerów dalej. Po całej masie syfu na pulpicie domyśliłem się, że to komp jego rodziców. Z szeregu ikon dziwacznych aplikacji, jakichś nieokreślonych jpgów i plików tekstowych udało mi się odnaleźć folder z rodzinnymi zdjęciami. Kolejny kolarz, tylko wirtualny, ale życiorys podobny. Prawie bliźniaczy. Przynajmniej do końca studiów, bo następne zdjęcia są zza oceanu. Na tle statui wolności. Empire State Building. Wall Street. W jakimś biurowcu, przy komputerze, otoczony szarymi półściankami. Nad Niagarą z jakąś brunetką w jego objęciach. W smokingu przed kościołem. Z dziećmi w basenie.

Nawet zza ciemnej brody go rozpoznaję. Ten sam Janek. Dobry kumpel nawet. Zawsze dawałem mu