z serialu.
Patrzę, skroluję i niedowierzam. Ten debil, ten absolutny patałach żyje jak w bajce, a ja mieszkam nadal u swoich starych w piwnicy i ostatni raz wyszedłem z domu dwa miesiące temu.
To jakiś koszmar.
Moja przestrzeń życiowa ma czterdzieści dwa metry kwadratowe. To jest mój cały świat. Mój urlop w egzotycznym kraju; moje święta Bożego Narodzenia; moje urodziny i imieniny. To jest moja dorywcza praca przez internet kilka razy do roku; moja rozrywka; moje życie intymne z prawą ręką i monitorem.
Moja rzeczywistość to tak naprawdę duży pokój z dwoma małymi okienkami prawie przy suficie. Kiedyś był tutaj warsztat mojego ojca. W rogu nadal stoi odwrócony bokiem stół zbity z grubych desek, umazany w smarze, poszczerbiony od tysięcy uderzeń młotka. Jest tu moje stare, metalowe łóżko ledwo mieszczące jedną osobę. Na nim leży zapadnięty materac i kołdra. Porwana poduszka zżółknięta od potu. Zgnieciona tak, że nie da się na niej spać bez zwijania w rolkę. Obok łóżka stoi stół z jadalni. Taki z blatem w dwóch częściach, które można rozsunąć na boki i wyciągnąć dodatkowe pół metra ze spodu. W takiej właśnie konfiguracji jest teraz rozstawiony. Na nim buczy komputer. Chodzi prawie nieprzerwanie od sześciu lat. Boję się go wyłączyć, bo nie wiem, czy byłbym go wstanie ponownie uruchomić, a bez niego nawet nie wyobrażam sobie dalszego życia.