Kret — strona 16 z 26

matka, kiedy wołała mnie po raz piąty na kolację. Kiedy przychodziłem do kuchni, przekładałem kanapki z talerza dla wszystkich na mały – tylko dla mnie. Kiedy zamykałem się bez słowa w swoim pokoju. Może już coś świtało w jej głowie. Wiem, że mi na pewno nie.

Patrzę na ostatni dom na rogu. Dalej jest długa prosta. Nieznane. Ten dom jednak kojarzę. Nawet pamiętam. Chata Kaśki. Takiej tam znajomej z gimnazjum i nieukończonego liceum. Z tym liceum to tak nie do końca, bo pod koniec z nikim nie gadałem i pokończyłem wszystkie znajomości. Ale kiedyś się znaliśmy bardzo dobrze. Może i to była nawet jakaś moja przyjaciółka. Coś w tym stylu. Także u niej na chacie byłem wiele razy. Znałem ten dom. Parter plus piętro z czerwonym dachem. Prawie jak mój, tylko bez popękanych tynków i odłażącej farby na oknach.

Stojąc tak przed furtką myślę więc sobie, że może wpadłbym w odwiedziny. Ze świadomością, że nikogo nie zastanę, to nie jest wcale takie straszne. Otwieram bramkę i idę krótkim chodniczkiem w stronę schodów. Wspinam się po nich do wejściowych drzwi. Chwytam za klamkę.

Jeśli w środku ktoś jest, to spalę się ze wstydu. Tak się boję, że prawie zawracam, ale w porę karcę się w głowie.

Debilu, nikogo tam nie ma. Nigdzie nikogo nie ma. To miasto jest martwe.

Wchodzę do środka i prawie niczego nie poznaję. Na ścianach nie ma już brązowej