szczelnie zaciśnięte blaszki żaluzji. Widzę cienki pasek osiedlowej ulicy. Na zewnątrz jest jasno. Wracam korytarzem do wyjściowych drzwi. Naciskam klamkę, ale ta nawet nie drgnie.
Przeszukałem cały dom. Nie ma w nim ani mojej matki, ani żadnej sprawnej klamki. W oknach ich brakuje. W drzwiach są jak przyspawane. W głowie pytam się, co jest tu kurwa grane? Lodówka w kuchni jest pusta. Tak jak wszystkie szafki. Nic z tego nie ma dla mnie najmniejszego sensu.
Znowu te mrówki na twarzy. Obniżona ilość tlenu w powietrzu. Jestem na parterze, ale czuję się jak pod ziemią. Muszę jak najszybciej wyjść z tego domu. Ale jak? Znam tylko jeden sposób.
Kręcę klamką w prawo i w lewo. Każdy ruchu powoduje dłuższy zgrzyt. Chrzęszczenie ścieranej rdzy. W końcu klamka z głośnym kliknięciem przekręca się o dziewięćdziesiąt stopni. Okienko z krzykiem otwiera się na oścież. Twarz oblepia mi okład z ciepłego powietrza. Od zielonej trawy dzieli mnie tylko prostokątny otwór trzydzieści na sześćdziesiąt pięć i pół centymetra. Po kilku latach w piwnicy to dla mnie prawie jak drzwi.
Stając na krzesełku odwracam się plecami do ściany i wyginając się do tyłu wysuwam głowę na zewnątrz. Prosto w stronę słońca. Przymykając oczy łapię rękami za górną część okna i powoli wysuwam się na trawę. W końcu siadam na ziemi, z nogami zwisającymi jeszcze przez okno w piwnicy i biorę głęboki oddech.