Kret — strona 15 z 26

W czasie każdej rozgrywki, jak koń z klapkami na oczach, wchodziłem w inną rzeczywistość. Nic innego nie miało znaczenia. Kąpiel przed snem. Mycie zębów. Jedzenie. Nie ważne było, o której pójdę spać. Czy mam odrobione lekcje. Czy coś jadłem. Ważne było, żeby rozjebać tego łosia po drugiej stronie. Najlepiej w pięć minut. Szybki atak na jego bazę. Robię kilka jednostek i lecę.

Jak się skończyły łosie, to już trzeba było robić zwiady, obczajać jaką rasą gra, bo od tego zależała odpowiednia strategia budowania. Każda przegrana to cios w klawiaturę i wiązanka przekleństw. Wygrana to w sumie to samo, tylko w lepszym humorze. Dwudziesta trzecia we wtorek? Jeszcze jeden meczyk. No dobra, jeszcze ostatni.

Pierwsza w nocy. Druga. Dobra, na wuef nie muszę iść. Spóźnię się na gegrę. No i potem znowu cały dzień, z głową podpartą na dłoni i wzrokiem byle gdzie, bo w głowie tylko ekran. Nowe strategie. Nowe pomysły. Kolejne wygrane meczyki. Respekt na forum.

Powrót do domu to był prosty rytuał. Buty pod ścianę, plecak w kąt i power w komputerze. Dźwięk rozpędzających się wentylatorów był jak muzyka. Sygnał zajebistego wieczoru. Godzin w innym świecie. Lepszym. Ciekawszym. W miejscu, gdzie byłem naprawdę kimś. Gdzie coś znaczyłem.

Słuchawki na uszy i już mnie tu nie ma. Nara. Do zobaczenia jutro rano.

Nie wiem czy wiedzieli już, czy nie. Może moja