Kret — strona 25 z 26

Językiem mógłbym rozciąć sobie twarz od środka. Ryzykuję otwarcie oczu i od razu żałuję. Rozrywając sklejone powieki dostrzegam mgłę. Albo jakąś szybę. Albo utraciłem spory procent wzroku.

Chrupiąc karkiem spoglądam w lewo przez półprzezroczysty baldachim. Widzę żółte obłoki błąkające się w nieokreślonej odległości od mojego łóżka. Jeden z nich robi się coraz większy, chyba się zbliża. Przełykam watę w ustach i na łokciach podciągam się trochę wyżej. Głowa opada mi o metalowy stelaż łóżka. Obłok rozchyla błonę i zagląda do środka. Czarna rękawica otwiera mi prawą powiekę. Druga świeci czymś prosto w źrenicę. Potem robi to samo z drugim okiem. Potem ściska dwoma palcami nadgarstek. Potem rozchyla moją szpitalną koszulę, o której dopiero teraz się dowiaduję, i odrywa z piersi jakieś przylepione urządzenie.

– Żyję? – pytam, ale nie otrzymuję odpowiedzi. Żółty stworek zostawia mnie znowu samego w mojej plastikowej celi. Każde mrugnięcie drażni moje oczy. Boli mnie kiedy patrzę i boli kiedy próbuję przestać. W głowie rozstrzygam spór czy opłacało się w ogóle wychodzić z tej piwnicy.

Kilka głębokich oddechów później kotara znowu się rozchyla. Nad łóżkiem staje kolejny skafander. Zamiast twarzy ma przyciemnioną szybkę. Czuję się jakby spoglądał na mnie czarny kwadrat.

– Dawno się nie widzieliśmy – buczy jak przez krótkofalówkę. – Jak się czujesz?