chrupnięcie, ale to tylko moje kolano. Nie pamiętam, kiedy ostatnio zgasło światło, ale to chyba nic poważnego. Zdarza się. Rzadko, ale to jeszcze nie tragedia. Pewnie zaraz wszystko wróci do normy. Musi. Jak inaczej przeżyję do wieczora? Co ja mam niby robić? Na dodatek jestem głodny. Pewnie nie ma prądu w całym mieście albo przynajmniej w okolicy. Dlatego ojciec się spóźnia. Nie może zrobić zakupów albo stoi samochodem w korku.
O czym to ja myślałem?
Pierwszy raz zaczęło się w szkole średniej. Rok przed maturą. Kiedy przestałem tolerować siedzenie w szkole. Kiedy nie mogłem już dłużej wytrzymać. Chciałem być w domu. Pograć na kompie. Poczytać książkę. Robić cokolwiek innego niż garbić się nad podręcznikiem odliczając sekundy do dzwonka.
To nie było tak, że ktoś mi dokuczał. Że byłem jakimś pośmiewiskiem. Mareczkopodobnym frajerem. Nie byłem na szczycie szkolnej hierarchii, ale nie lizałem też nigdy jej podłogi. Dosłownie i w przenośni. Tak sobie po prostu byłem. Cichy i spokojny. Niewkurwiający. Niezawadzający. Siedziałem na hirze, siedziałem na gegrze, siedziałem na polaku i gryzmoliłem w zeszycie. Składałem samoloty z papieru. Opierałem głowę o wnętrze dłoni i gapiłem się przez okno na jezioro za szkołą. Na kaczki pływające po jego powierzchni. Na żółte liście spadające do wody. Po prostu już mi się nie chciało i tyle. Nie było w tym nic nadzwyczajnego. Ale tak to się chyba zaczęło. W mojej głowie.