zapamiętałem. Prawie jakby była nowa. Pomimo, że jestem coraz bliżej, widzę ją mniej wyraźnie.
Otwieram z trudem drzwi. Podłoga odbija kolorowe ściany jak lustro. Chyba zaczynam łzawić. Idę przez korytarz w stronę swojej starej klasy.
Na ścianach różne plakaty z brystolu, powyklejane materiałami z laserowych drukarek. Historia. Geografia. Biologia. O holocauście. O globalnym ociepleniu. O embrionach. Odpływam. Głowa leci mi do tyłu, ale w porę się wzdrygam i wracam do pionu. Wchodzę do klasy. Tego pomieszczenia już w ogóle nie poznaję. Wycieram nos. Każda ławka jest oddzielna. Dla jednej osoby. Krzesełko z przymontowanym blatem. Zielona tablica jest teraz biała. Zamiast kredy na półeczce pod nią leżą markery. Pod sufitem wisi projektor. Przecieram twarz i biorę głęboki wdech, ale nic nie wlatuje mi do płuc. Niczego nie wciągam. W tej klasie nie ma powietrza. Zamykam oczy. Otwieram oczy. Już nie stoję tylko siedzę; przecieram znowu twarz. Pot się ze mnie leje. To jest sen czy rzeczywistość? Przez mgłę nic nie widzę. Patrzę na rękę. Ma dziwny kolor. Przybliżam ją do oczu. Jest umazana krwią. Coś mi kapie po brodzie. Kładę się, bo jestem zmęczony.
Żółte worki szeleszczą zbliżając się w moją stronę. Człekopodobne kombinezony z rurami zwisającymi spod kapturów. Oddycham, ale wydaje mi się, że nie mam czym. Że do moich płuc wpycham tylko kurz i bakterie. Na końcu języka czuję metaliczny