posmak i nagle do mnie dociera. Nagle rozumiem czemu wszyscy zniknęli.
To jest ewakuacja.
Nie zostałem w tym mieście sam. Porzucono mnie. Moi rodzice, kiedy ktoś ich wyciągnął z domu, nie pofatygowali się, by chociaż zapukać. By mnie obudzić i zabrać ze sobą. Wątpię, bym się w ogóle ruszył. Na pewno nie z własnej woli. Nikt jednak nawet nie spróbował.
Leci ze mnie jak z kranu.
Ten posmak na końcu języka to nie refluks. To promieniowanie.
Do klasy wbiega kolejny worek. Za nim następny. Przekręcają moje wiotkie ciało na bok i podkładają pode mnie nosze. Podnoszą do góry. Oglądając jak sufit przemija nad moją głową myślę sobie, że jeśli przeżyję, to już nie wrócę do domu. Do piwnicy. I wcale nie dlatego, że mi na to nie pozwolą. W sensie – chyba zmienię swoje życie.
Budzę się i od razu otwieram oczy. Co dzisiaj za dzień? Piątek? Sobota? Może wtorek. Czuję się jakby od mojego zejścia minął przynajmniej tydzień. Może i dłużej. Nawet nie próbuję się przekręcić. Boję się, że coś mi odpadnie.
Łóżko jest wygodne. Wygodniejsze od tego z piwnicy, ale też jednoosobowe. Spartańskie. Mógłbym na nim przespać resztę życia, ale ktoś się krząta w pobliżu, przez co nie mogę znowu zasnąć. Nie jestem przyzwyczajony do towarzystwa.
Przełykam drut i oblizuję papierowe usta.