Kret — strona 11 z 26

Widzę jak cień przesuwa się z podłogi na stół, a to znaczy, że już po trzynastej. Ojca nie ma. Przynajmniej go nie słychać. Prąd też jeszcze nie wrócił. Siedzę na łóżku i gapię się w zamglone syfem szyby. Na zżółknięte firaneczki rozchylone po bokach okna. Na czarny kłębek zdechłych muszek obwinięty srebrną pajęczyną w rogu.

Ojciec nie wraca.

Nie widywaliśmy się, to prawda, ale zawsze wiedziałem, że był na górze. Wychodził do kuchni albo do kibla. Podgłaśniał wiadomości. Coś wiercił. W coś stukał. Żył i był w pobliżu. Matka nie robiła nigdy hałasu, ale on prawie zawsze coś kombinował. A teraz nic. Cisza. I to nie taka zwykła cisza. Nie słychać niczego. Ani ulicy, ani ptaków. Ani psów ani dzieci. Ciszej niż jak po włożeniu stoperów w uszy. Tak cicho, że aż prawie ściska głowę. Jakbym tonął.

Kiedy byłem ostatnio na górze? Z miesiąc temu? Może jeszcze dalej. A po co? Pewnie po coś do picia, jak mi zbrakło. Umyć się w wannie albo zrobić pranie. To nie było tak, że zawsze siedziałem w tej piwnicy. Tylko przeważnie.

Dobra. Muszę coś zrobić – w sensie – sprawdzić, co się dzieję. Nie mogę tak siedzieć. Nie bez sprawnego kompa. Rozcieram kolana tak jak po przebudzeniu i podnoszę się na równe nogi. Chrupnięcie. Głęboki wdech. Idę.

Każdy raz w życiu śnił o tym, że jest w jakimś miejscu publicznym nago. Że nie ma na sobie żadnych ubrań. Podobno