Rozpoczyna się ceremonia. Wszyscy zajmują miejsca. Ciche rozmowy zamieniają się w szeptane pomruki.
Ja siedzę na moim elektrycznym wózku, z głową przechyloną na bok, z szeroko rozdziawionymi ustami. To moja ulubiona pozycja. Wyglądam w ten sposób jak prawdziwe warzywo i tak chcę być właśnie postrzegana.
Obok, na ławce przy ścianie, siedzą rodzice. Mój brat jest po drugiej stronie, znacznie bliżej centrum tego całego zamieszania.
Na środkowych ławkach wierci się reszta zebranych. Widzę babcię Marię, ocierającą z kąta oka fałszywe łzy, oraz wujka Staszka, podgryzającego co chwilę dolną wargę. Równie dobrze mógłby siedzieć teraz w autobusie i gapić się przez okno na przechodniów – taką ma beznamiętną minę.
Są wujki Jurki i wujki Tomasze. Kuzynki Asie i kuzynowie Markowie. Gdzieś ktoś ucisza rozpłakanego bachora.
Na ambonie pojawia się ksiądz Jerzy. Ten, który jeździ limuzyną za czterysta tysięcy. Wiem to, bo słyszałam, jak rozmawiali o tym rodzice. Mnie tam nie obchodzą takie rzeczy.
Zaczyna kazanie, opowiadając o grzechu pierwotnym. Nie chce mi się tego słuchać,