bo słyszałam to już z dziesięć albo i więcej razy.
Rodzice wypychali mnie do kościoła prawie co niedzielę, jakby myśleli, że mi to w czymś pomoże. Może sądzili, że zstąpi na mnie łaska boża i wyzdrowieję, ale wydaje mi się, że robili to jednak bardziej dla siebie niż dla mnie. Oczekiwali, że stanę w końcu na własne nogi i dam im wreszcie spokój.
Mnie tam do kościoła wcale nie ciągnęło. Nie liczyłam na żadne cuda. Trudno wierzyć w Boga, kiedy nie możesz się nawet przekręcić na drugą stronę. Kiedy nie możesz podrapać się po tyłku i musisz załatwiać się do pieluchy.
Ksiądz ględzi i ględzi. Czyta kolejne wyświechtane paragrafy ze swojej magicznej książeczki, a potem wszystko przyprawia tym samym, nudnym komentarzem, co zawsze.
Znam to na pamięć. Sadzi pustymi frazesami, które nic tak naprawdę nie znaczą. Opowiada historie, które nie mają nic wspólnego z rzeczywistością.
Mówi coś o potępieniu. O zbrodni i karze. O nawróceniu.
Patrzę na swojego brata, a potem na stojącego w rogu Jacka i jego ojca ogrodnika. Dalej przesuwam oczy w stronę wejścia i kiedy pojawia się w nich Monika, wnętrzności wywracają mi się na drugą stronę.