Siostra — strona 7 z 40

Błękitny most górował jakieś dziesięć metrów nad wąskim strumieniem. To była rzeka, która oficjalnie nazywała się Wstęga. Pamiętam, że gdy byłam tam pierwszy raz, woda pluskała, rozbijając się o jej skaliste brzegi. Kiedy byłam tam po raz ostatni, trudno to było określić nawet strumykiem. Wstęga zamieniła się w cienki sznurek, a potem w poszarpaną nitkę.

Błękitny most wziął swoją nazwę od koloru, na jaki był pomalowany. Wszerz ledwo mieścił dwa małe samochody. Stojąc na nim, z jednej strony widać było rozlewisko, a z drugiej – wyrzeźbione przez niegdyś wartki nurt kręte koryto rzeki. Droga, którą łączył most, w jedną stronę prowadziła na przedmieścia (tam, gdzie był nasz dom), a drugą wprowadzała w głąb gęstej i dzikiej puszczy.

Spędzaliśmy na moście masę czasu. Poza nami nikt tam nie chodził, więc mogliśmy się wygłupiać do woli. Ulubioną zabawą Michała i Jacka było chodzenie po barierkach. Powoli wspinali się na wąski płaskownik i balansując rękami, krok po kroku przechodzili nad dziesięciometrowym wąwozem. Kiedy to robili, serce zamierało mi w piersi. Nie mogłam na to patrzeć. Nigdy nie miałam lęku wysokości, ale od zawsze panicznie bałam się upadków.

Oglądając,