Monika bywała u nas często, tyle że nie w moim pokoju. Czasami widywałyśmy się w ogrodzie, kiedy moja spasiona pomoc życiowa wyprowadzała mnie na rundkę po ścieżce. Widziałam, jak kręciła się za Jackiem. On już właściwie wyręczał w pracy swojego ojca. Czasami w ogóle przyjeżdżał do nas w pojedynkę.
Zawsze pytał, co u mnie słychać, i sam odpowiadał, że pewnie niewiele. Wcale się na to nie obrażałam. Przynajmniej nie obchodził się ze mną jak z porcelanowym wazonem. Nie udawał na siłę miłego, jakby miał do czynienia z małym dzieckiem. Dla niego byłam taką samą koleżanką jak inne dziewczyny.
Tylko z nim próbowałam naprawdę rozmawiać. Szło mi topornie, ale się nie poddawałam. Chciałam mu powiedzieć milion rzeczy, jednak słowa nie potrafiły przejść przez moje gardło. Zbyt długo było nieużywane.
Pomimo tego mogłam komunikować się na podstawowym poziomie. Przekazać, czego potrzebuję. Co bym chciała robić. Gdzie bym chciała pójść — to jest, gdzie bym chciała być zawieziona. Dzięki temu życie stało się minimalnie znośniejsze.
Mój brat odwiedzał mnie coraz częściej. Przesiadywał godzinami przy moim łóżku, gapiąc się jedynie na ścianę. Czasami