na poziom chodnika. Dalej ojciec popycha mój wózek wąską alejką. Zmierzamy do celu, idąc na początku długiego pochodu złożonego z uczestników dzisiejszej ceremonii. Robi mi się niedobrze. Czuję dziwne mrowienie. Mam ochotę się podrapać, ale nie mogę sobie na to pozwolić. W końcu docieramy na miejsce. Wszyscy rozstawiają się w półokręgu. Pojawia się ksiądz ze swoją watahą i rozpoczyna kolejne kazanie. Zamykam oczy, bo mam ochotę zniknąć, a poza tym chyba rozmazuje mi się tusz na rzęsach. Ludzie co chwilę pocierają czoła, zbierając z nich krople potu. Tak jak ja, pewnie nie mogą się doczekać, żeby wrócić już do klimatyzowanego domu. Marzą o tym, by wziąć zimny prysznic i uwalić się przed telewizorem. Chcą ten dzień już puścić w niepamięć. Nie będzie jednak tak łatwo. Mamy jeszcze jedną robotę do wykonania.
Istnieje pewien rodzaj nienawiści, jaki można poczuć jedynie do ukochanej osoby. Nie mogłam już patrzeć na Jacka. Nie po tym, co mi zrobił. Kiedy już skończył się zabawiać z Moniką, leżeli jeszcze chwilę, coś do siebie szepcząc. Potem założyli ubrania i wyszli z domu, zostawiając mnie w odmętach piekła. Gdyby nie fakt, że niespodziewanie odkryłam u siebie okruch pełnosprawności, to bym zwariowała. Skrobałam palcem w pościeli przez resztę dnia. Miałam wrażenie,