nosem, ale nie zwrócił na mnie uwagi. Przeszedł most kilka razy, a potem – jak za dawnych lat – zeskoczył z powrotem na ulicę. Później bez słowa odprowadził mnie do domu.
Mogłam ruszać już ręką. Szło mi to coraz sprawniej. Pielęgniarka zauważyła, że cienki badyl wyrastający z mojego ramienia zaczął niespodziewanie puchnąć. Pojawiły się zarysy mięśni. Ja jednak udawałam głupią. Nikomu nie mówiłam, że po kryjomu urządzam sobie rehabilitację.
Wieczorami ćwiczyłam palec poprzez ściskanie pościeli. Gniotłam ją jak ciasto do czasu, aż traciłam całkowicie siły. Potem prawie natychmiast zasypiałam. Dzięki ćwiczeniom znowu zaczęłam mieć sny o powrocie do sprawności.
Zastanawiałam się, czy uda mi się ożywić inną kończynę. Jedna ręka to i tak był dar losu, ale nie obraziłabym się na funkcjonalne kolano.
Michał zaczął zabierać mnie na most regularnie. Spodobało mi się to. Jedynym minusem były powracające wspomnienia z dzieciństwa. Najczęściej ten dzień, kiedy się skończyło.
Brat znowu chodził po barierce jak za starych czasów, a ja rozpamiętywałam, kiedy pofrunęłam za nią w dół. Jak zobaczyłam niebo pomiędzy moimi nogami. Michał był lekkomyślny.