Nie śpię od dawna, chociaż wciąż mam zamknięte oczy. Próbuję jeszcze zasnąć, bo nie czuję się na siłach, by przywitać ten dzień. Sen jednak nie nadchodzi. Mój organizm czeka na ruch z mojej strony. Przekręcam się więc na bok i rozchylam powieki. Widzę zmierzwione włosy Malwiny, rozsypane na jej ramionach. Chciałbym ją dotknąć, ale wciąż powstrzymuje mnie niepewność. Pomimo dziesięciu lat małżeństwa, czuję się przy niej skrępowany, jakbyśmy dopiero co się poznali.
Malwina leży nieruchomo, wciąż utkwiona w głębokim śnie. Jej piersi falują powolnym oddechem.
Staram się rozkoszować ciszą, póki mogę, bo wiem, że zaraz przeminie i znowu na kilkanaście godzin wchłonie mnie intensywne życie rodzinne.
Jak na zawołanie przestrzeń korytarza wypełnia się tupotem małych nóżek, który zamiera nagle przed progiem sypialni. Otwierają się drzwi. Znowu tupot, a potem coś ciągnie za pościel, wpełza na łóżko i czołga się w moją stronę, głośno przy tym sapiąc.
— Śniadanko — mówi Marcelinka, łapiąc mnie za rękę. — Już czas.
Spoglądam na ekran telefonu leżącego na nocnym stoliku. Mogłem jeszcze poleżeć z pięć minut. Czasami nawet tyle mi wystarcza, żeby nabrać dodatkowej energii.
— Chodź!
Wciąż nie wierzę w to, jak bardzo jest do mnie podobna.
Wstaję, chociaż mi się nie chce. Malwina jeszcze śpi, a to lekko mnie drażni. Chciałbym, żeby cierpiała teraz razem ze