Po południu poczułem się lepiej, więc postanowiłem przejść się na spacer. Rozprostować trochę nogi i rozchodzić niespokojny żołądek. Nie wiedziałem, co mam zrobić z Michałem. Przypomniałem sobie, że nie wziąłem od niego numeru telefonu. Jedyny kontakt, jaki miałem, to adres jego rodziców. Nie mogłem się jednak pokazać w takim stanie. Z tego, co mówił, miał już wrócić do siebie. Było mi głupio, że się z nim nie pożegnałem. Zrobiłem z siebie idiotę i nie miałem nawet szansy, żeby jakkolwiek to naprostować. Potem jednak przypomniałem sobie, o czym rozmawialiśmy na koniec naszego spotkania. Historię jego drugiej szansy. Stało się nagle dla mnie jasne, że mówił na serio. Naprawdę w to wierzył. Chyba że... opowiedział mi prawdę, a jeśli tak, może mi też by się udało? Może otrzymałbym drugą szansę?
To była najgorsza możliwa konkluzja, do jakiej mogłem dojść, stając na krawędzi mostu.
Pocieram czoło wpatrując się w Michała.
— Serio? — pytam.
— Widzę, że ci się udało — odpowiada wymijająco, przybliżając filiżankę do ust. — Cieszę się. Naprawdę. Dobrze wiem, jak ciężkie to jest za pierwszym razem.
Wzdycham.
— To był wypadek — mówię. — Ja nie skoczyłem.
Michał marszczy brwi.
Biorę głęboki wdech i wyjaśniam, że stałem na krawędzi mostu i patrzyłem w przepaść.
— Nie wiem, ile minęło czasu. Straciłem rachubę. Nagle poleciałem w