Modelowa rodzinka, ale tylko z wyglądu.
Nasz demon robi nagle awanturę, bo nie chce nosić czerwonych bucików, tylko zielone.
— Zielone nie pasują — tłumaczy Malwina.
Co za różnica! — krzyczę w głowie, ale zachowuję kamienną twarz. Nauczyłem się już nie udzielać.
Kilka minut po ósmej w końcu wychodzimy na korytarz. Zjeżdżamy na parter. Demon po drodze płacze, a potem wybiega z windy w stronę wyjścia. Mocuje się z drzwiami, ale nie jest w stanie sama ich otworzyć. Znowu krzyczy i wali pięścią w szybę, zostawiając na niej tłusty odcisk.
Nadal zachowuję kamienną minę.
— Musimy pogadać z tą behawiorystką — przypomina Malwina.
Przymykam na chwilę oczy. Jeszcze kilka minut i będę wolny.
Podchodzę do drzwi i z dużą siłą popycham je przed siebie, dając małej wystarczająco miejsca, by mogła wybiec na zewnątrz. Nie dziwię się, że nie mogła sama wyjść.
— Musimy zgłosić te drzwi — mówi Malwina.
— Tak — mruczę odruchowo pod nosem.
Przed dziewiątą jestem w biurowcu. Wjeżdżam windą na siódme piętro. Wchodzę do biura, witając się z dziewczyną na recepcji. Ma na imię Wiola — o ile dobrze pamiętam. Śliczna jest, ale głupia jak but z lewej nogi — tego akurat jestem pewien.
— Cześć.
— Cześć.
Potem