oczami pojawiał mi się obraz Malwiny, wzdrygałem się z przerażeniem.
Jak mogłem zmarnować taką szansę? — pytałem w myślach.
Wpadłem w obsesję. Cały mój świat legł w gruzach. Zacząłem przypominać sobie różne szczegóły z przeszłości. Wszystkie decyzje, które – jedna po drugiej – rujnowały mi życie. Wpadka z Malwiną to był tylko czubek góry lodowej. Siedziałem przed telewizorem, z browarem w ręku, powoli dochodząc do wniosku, że to koniec. Przegrałem.
Nie śpię od dawna, chociaż nadal mam zamknięte oczy. Liczę na to, że kiedy je otworzę, obudzę się w innej rzeczywistości. Kiedy na korytarzu rozlega się tupot małych stóp, sytuacja sama się wyjaśnia. Kolejny dzień kolejnego tygodnia, kolejnego miesiąca. Odbity od stempla ciąg sytuacji. Poranek, śniadanie, skorupki jajka w jajecznicy i podejrzliwe spojrzenia Marceliny. Potem niezasłużony pocałunek żony, skierowany do osoby, którą nie jestem. Nie zapracowałem na to wszystko. Myślę o tym, kiedy wychodzimy z mieszkania. Idziemy do samochodu, po drodze rozmawiając o dodatkowych zajęciach dla małej. Odwozimy Marcelinkę do przedszkola, kłócąc się o jakieś mało istotne szczegóły z życia domowego. Kto czego nie posprzątał, kto czego nie wyniósł albo nie przyniósł.
Odwożę Malwinę, a potem jadę sam do biura. W pracy gadam z Bartkiem o głupotach, kręcę się bez sensu po firmie, trochę też pracuję, ale bez przesady. Lunch, dwie kawy, kilka szklanek wody i sześć wizyt w kiblu, z czego tylko trzy są naprawdę za potrzebą.
Po