mną. Żebym nie musiał tego wszystkiego znosić sam. Karcę się za to w głowie. Jestem okropnym mężem.
Kilka jajek później siedzimy z Marceliną przy blacie w naszym kuchniosalonie. Córka je powoli, bacznie mi się przyglądając. Odprawiamy ten rytuał prawie każdego dnia.
— Czy ty jesteś na pewno mój tata? — pyta.
Tym razem już mnie to tak nie denerwuje. Przyzwyczaiłem się. Wmawiam sobie, że to jedno z tych dziwacznych pytań, jakie małe dzieci zadają swoim rodzicom setki razy dziennie.
— Hej — wita się Malwina, dołączając do naszej kuchennej wyspy.
Przeciera zaspane oczy, szeroko się uśmiechając. Obracam się do kuchenki, aby nałożyć dla niej porcję jajecznicy. Po chwili czuję pocałunek w policzek. Lekko się wzdrygam. Staram się zatuszować moją nerwową reakcję szczerząc zęby. Muszę się w końcu przyzwyczaić do tych małych gestów.
— Dobrze spałeś? — pyta.
— Dobrze — kłamię, kładąc talerz na blacie. Potem siadam na stołku i wkładam do ust końcówkę przypalonego tosta. Zapijam go solidnym łykiem czarnej jak smoła kawy, chociaż w tym momencie wolałbym jednak coś zdecydowanie mocniejszego.
Przed ósmą jesteśmy już gotowi. Malwina ma na sobie dobrze skrojony, szary kostium, a Marcelina opatulona jest różową kurtką. Na głowę naciągnęła kaptur z przyszytymi uszami, przez co wygląda jak małe zwierzątko. Ja ubrałem kremową koszulę, ciemnobrązowe chinosy i pantofle.