przechodzę korytarzem obok kilku pomieszczeń. Przeszklone drzwi odsłaniają pokoje, w których siedzą moi współpracownicy. Niektórych w ogóle nie pamiętam.
— Cześć.
— Cześć.
Witam się z jakąś kobietą. Ruda, lekko okrągła. Marzenka? Bożenka? Jakoś tak. Księgowa. W sumie fajna babka.
Ostatecznie ląduję w biurze grafików. Tym właśnie się zajmuję. Tworzeniem nudnych, powtarzalnych, jakby odbitych od stempla reklam. Kiedyś myślałem, że w przyszłości zostanę cenionym artystą. Wraz z ulatnianiem się mojej dziecięcej naiwności obniżałem pułap ambicji, aż w końcu ustabilizowałem się na pozycji starszego grafika. Praca nie byłaby taka zła, gdybym miał chociaż jakieś ciekawe projekty, ale w tej firmie zajmuję się głównie tworzeniem ulotek dla dostawców internetu albo banków. Straszne nudy.
— Siema — huczy mi nad uchem Bartek, mój niby dobry kumpel.
— Siema, siema — powtarzam jak papuga, imitując przyjazny ton.
Trzy czwarte dnia gadamy o głupotach albo obgadujemy inne osoby z firmy — najczęściej prezesa i prezesową.
— Widziałeś jego porszaka nowego? — pyta, jakby nie wiedział, czy rzeczywiście go widziałem. Jakbyśmy nie gadali o tym wczoraj i przedwczoraj.
— No — dukam pod nosem. — Masakra.
— Masakra — odpowiada.
Czasami wychodzę na taras dla palaczy, chociaż sam nie palę. Stoję