przepadł. Zanim się obejrzałem zostałem na placu boju całkiem sam.
Często chodziłem na długie spacery po okolicy. Zazwyczaj lądowałem na starym moście, który od dawna był już wycofany z użytku. Jego dziurawa powierzchnia prowadziła donikąd i nikt (oprócz mnie) się tam nie zapuszczał.
Przesiadywałem często na jego krawędzi, spoglądając pomiędzy nogami w dno wąwozu. Potrafiłem tkwić tak w bezruchu godzinami, rozmyślając przy tym o swojej egzystencji. Dochodziłem zawsze do wniosku, że gdzieś po drodze zboczyłem z dobrej ścieżki. Sam, bez perspektyw na normalne, ułożone życie, czułem, że powoli gniję na dwudziestu trzech metrach bezużytecznej wolności. Moje życie, tak jak ten most, prowadziło donikąd.
Któregoś dnia, zaraz po moich trzydziestych drugich urodzinach, przypomniałem sobie o Malwinie. Chodziliśmy do tej samej klasy w liceum. Była miłą, cichą i niezbyt przyjemną dla oka blondynką, którą natura pokarała tendencją do szybkiego tycia.
Przez chorobliwą nieśmiałość i brak urody wylądowała na dnie klasowej hierarchii, stając się obiektem kpin oraz żartów. Pomimo tego, że byliśmy już prawie dorośli, Malwina wciąż musiała znosić infantylne docinki. Było mi jej żal, ale nic z tym nie zrobiłem, bo w szkole średniej odgrywałem rolę outsidera. Obserwowałem ludzi z boku, starając się nie udzielać bez potrzeby. Miałem tylko jednego, prawdziwego kumpla - Michała. Reszta, w tym Malwina, była dla mnie jedynie tłem.
Pod koniec pierwszej klasy wylądowałem z nią na